bits+pieces

# czardrzewo

# ostatnio wciąż w biegu

# hodowla ślimaków

# w biegu..

# złote kłosy

# rozważania o najważniejszych sprawach świata.pod kapliczką.

# buszujące w zblożu

# mam dwie starsze siostry. widać??

 

idziemy na pole

poniżej tekst Anny Komorowskiej z Krakowa, skopiowany z serwisu dziecisawazne.pl

więcej o projekcie IDZIEMY NA POLE na stronie pracowniak.pl

„Idziemy na pole!” – takim hasłem najczęściej żegnaliśmy rano nasze mamy i wybiegaliśmy na podwórko, by wrócić z niego na obiad, a potem znów wybiec na resztę dnia. Dzisiaj dzieci nie chodzą „na pole” czy „na dwór”. Dziś chodzą na spacery, na plac zabaw, gdzie czas jest limitowany, a po 45 minutach pada groźne: „Idziemy do domu. Już się dzisiaj długo bawiłaś”.

Swobodna zabawa?

Obserwacja obecnego stanu rzeczy, poparta literaturą, również naukową, prowadzi do kilku wniosków. Dzisiejsze dzieciństwo coraz bardziej różni się od tego, którego doświadczyliśmy. Powodów jest kilka, jednak najpoważniejszy z nich to zmiana tempa życia, która odbija się na sposobie funkcjonowania rodziny. Dzieci dołączyły się do ogólnoświatowego pędu. Dziś mają zdecydowanie mniej czasu na swobodną zabawę. Zamiast tego gnają z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie. Katastrofalne skutki tego stanu rzeczy bardzo trafnie opisał Carl Honoré w książce „Pod presją czasu. Dajmy dzieciom święty spokój!”. Z własnej obserwacji, a także z rozmów z innymi osobami prowadzącymi zajęcia artystyczne, możemy stwierdzić, że ściśle zorganizowany czas oraz obecny system edukacji wpływają na drastyczne obniżenie poziomu kreatywności u dzieci już na poziomie szkoły podstawowej. A jest to tylko jeden z wielu efektów takiego stanu rzeczy.

Deficyt natury

Brak czasu, dążenie do wykorzystania każdej wolnej chwili w sposób możliwie najbardziej konstruktywny, a także rosnący strach przed zagrożeniem powoduje, że zamykamy nasze dzieci w domach, zamiast pozwolić im swobodnie bawić się w otoczeniu przyrody. Richard Louv, autor książki „Ostatnie dziecko lasu”, aby określić konsekwencje tego zjawiska, używa określenia „zespół deficytu natury”. Dzieci pozbawione terapeutycznych właściwości przyrody cierpią coraz bardziej z powodu stresu i zmęczenia tzw. uwagi skupionej, co objawia się impulsywnością, irytacją i osłabieniem koncentracji. Wirtualny świat, którym jesteśmy otoczeni, dostarcza naszym dzieciom nadmiar bodźców. Z drugiej strony ogranicza możliwość poznawania świata innymi zmysłami niż wzrok i słuch.

Przyczyny coraz większej absencji dzieci w świecie przyrody Louv tłumaczy m.in. strachem. Bardzo często jest to jednak strach wyimaginowany, prowokowany przez media. Badania wykazują, że od kilkudziesięciu lat przestępczość nie wzrasta, jednak powszechny dostęp do mediów powoduje, że coraz więcej się mówi o zagrożeniu. Coraz rzadszy kontakt z przyrodą powoduje również, że natura staje się nam obca, a to, co nieznane, jest niebezpieczne. I tak wpadamy w błędne koło. Zmianie uległo też podejście rodziców do kwestii bezpieczeństwa zabawy.

Nietrudno spotkać na placu zabaw zatroskaną mamę lub tatę, którzy biegają za dzieckiem niczym helikopter, uważając na każdy jego krok. Pytani o idealny plac zabaw, w pierwszej kolejności mówią o bezpieczeństwie, a dopiero potem o rozwoju i dobrej zabawie.

Zabawa to obowiązek

No właśnie, dzieci coraz rzadziej się bawią. Gra w piłkę na zorganizowanych zajęciach po pewnym czasie przestaje cieszyć i staje się obowiązkiem. Co więcej – rodzice również coraz rzadziej czerpią przyjemność ze wspólnego spędzania czasu z dzieckiem. Wychowywanie traktują jak projekt, zadanie do zrealizowania. Wpływa to nie tylko negatywnie na ich relacje z dziećmi, ale również na zaniedbywanie własnych potrzeb. Rodzicielstwo, zamiast sprawiać frajdę, staje się przykrym obowiązkiem. W tym temacie szczególnie polecamy książkę Toma Hodgkinsona „Być rodzicem i nie skonać” i jego „Manifest rodziców na luzie”, rozpoczynający się słowami „Odrzucamy wizję rodzicielstwa jako ciężkiej pracy”. Hodgkinson również nawołuje do zabaw na łonie natury i do swobodniejszego podejścia do kwestii bezpieczeństwa („Do diabła z BHP!”).

Do strachu przed obcymi, przed dziką przyrodą, przed upadkiem na zjeżdżalni dochodzi jeszcze strach przed ruchem drogowym i miastem. Coraz więcej ludzi mieszka w mieście, gdzie realizowanie pewnych idei wydaje się niemożliwe. Ci, którzy marzą o innym życiu, o większej swobodzie i dostępie do natury dla swoich dzieci, uciekają na wieś. Nie jest to jednak rozwiązanie dla każdego i w dłuższej perspektywie może być wręcz szkodliwe, bo nie da się ukryć, że „naszą przyszłością jest miasto. (…) Wcale nie jest wykluczone, że chęć bycia w przyrodzie może okazać się tylko przejawem naszego egoizmu, wszak nasza obecność nigdy nie pozostaje tam bez śladu (…)” (Anna Nacher, „Gdzie ja żyję?” [w:] „Dzikie Życie” 03/1999). Z drugiej strony „Mówi się, że w mieście żyjemy anonimowo i oddzielnie. Ale kto każe nam tak żyć?”. I idąc dalej – mówi się, że miasto to betonowa pustynia, ale czy tak faktycznie jest?

Czy żyjąc w mieście, nie mamy najmniejszej szansy na kontakt z naturą i swobodne spędzanie wolnego czasu? Richard Louv pisze, że „miasta i przedmieścia są dziksze i bardziej zakorzenione w świecie przyrody, niż nam się zdaje”. Ale żeby to odkryć, musimy wyjść z domu i najlepiej zostawić tam kalendarz, zegarek i telefon komórkowy. Po prostu – pójść na pole!

Słone

1,5 szklanki mąki

1 szklanka soli

0,5 szklanki wody

kilka kropel barwników spożywczych w różnych kolorach

= dwie godziny non stop zabawy

w dużej misce mieszamy mąkę z solą. dodajemy po troszku wody mieszając cały czas. jak masa będzie jednolita, dzielimy ciasto na dwie, trzy części i do każdej z nich dodajemy inny barwnik. wyrabiamy każdą porcję, aż masa stanie się gładka i plastyczna. gotowe do zabawy! każdą nieużywana masę należy przykryć bo stwardnieje. można przechowywać w lodówce w pojemniczku.

przepis z książeczki „365 zabaw dla Twojego dziecka”

koronki

nasze poszukiwania idealnej korony trwały bardzo długo. z plastikowymi zawsze się coś działo, coś się odłamało, odpadło, w efekcie lądowały w śmietniku. bardzo nam się spodobała ta produkcji moi mili, no i pióropusz, w którym się zakochałam..chyba bardziej dla siebie go nabyłam.. zestaw tkanin, kolorów, dodatków jak guziczki,koronka totalnie mój.

a poniżej korony, które mi się spodobały ,znalezione w internecie

ja niestety dwie lewe ręce do robótek ręcznych mam ,nad czym ubolewam bardzo. ale ten stan rzeczy chce zmienić już wkrótce. a znam taką jedną Panią co to takie cudo koronę na szydełku w jeden wieczór by zrobiła..

kino domowe

raz na jakiś czas przy plądrowaniu szafy, znajdują starutkie pudło. i, mamoo zrobimy dzisiaj kino? ano zrobimy.

rzutnik Ania z lat siedemdziesiątych dostarcza niezmiennie niezłych wrażeń.. mamy około 20 klisz z bajkami, od czasu do czasu dokupuje nowe(stare) ku uciesze widowni. te bajowe seanse to taka frajda w sumie. gasimy światło, zajadamy prażoną kukurydzę i wkręcamy co chwila kolejne bajki do coraz bardziej rozgrzanego rzutnika..Boże chroń trzydziestoletnią żaróweczkę…no bo skąd tu zapasową wziąść!?

czas płynie wolniej. jest ciszej. nic nie wyskakuje z ekranu ,oczopląsu dostać nie można. spokojnie czytamy, dopowiadamy, zmyślamy..

majówka ogląda w totalnym skupieniu. nina trochę zaczarowana jakby. julek zasłania co chwila podchodząc do ściany i usiłując złapać coś co akurat się wyświetla. trzeba z nim uważać bo dobiera się do rzutnika, odkręca lupkę i grzebie w środku.

rzutniki ANIA oraz bajki zdobyć można jeszcze na allegro.

 

zabawki

 

w związku z ostatnią przeprowadzką całej rodziny, wszystkie zabawki dziatek zostały spakowane .na początku totalny chaos,pokoje zawalone pudłami i nic nie można było znależć. nie ma klocków, kredek, miśków, cóż ja im rzucę na pożarcie myślałam. Okazało się, że kartonowy domek(dwuletni, reanimowany kilka razy) wystarczy dzieciom do naprawdę świetnej zabawy. domek, zamek, kino, teatrzyk, sklep, wszystko co chcesz z jednego prostego tekturowego pudła…wkrótce do domku dołączył wielki karton po okapie..

a na podwórku, kiedy nie ma się nic, nagle okazuje się ,że do szczęścia wystarczą sznurek, patyk, kamienie i kałuże.. no a do pełni szczęścia stare dobre taplanie się w błocie..

nie zalewajmy naszych dzieci oceanem plastikowego dziadostwa, czasem mniej znaczyć może dla nich więcej..

na zdjęciach:

błotko

jeszcze nie złożony domek robi za teatrzyk(nasz domek stąd www.domek-tekturowy.pl)

pudło po okapie

na tropie

dziś starówka. boczne uliczki. zakamarki.tajemnice…

a na deser koncert „Dżwiękowanie na dywanie” w Teatrze Małego Widza

świetne dla śmiałego dwulatka, nudne ciut dla nieśmiałego czterolatka,ja nie chciałam wychodzić… wspaniała muzyka, tańce i śpiew…szkoda ,że tak krótko tylko! na pewno będziemy wracać do tego magicznego miejsca.

 

oczy Jula zdają się mówić   jak tu nie zwariować!?   Przy dwóch starszych, wciąż jednak małych, siostrach, które od bladego świtu do wieczora wiszą nad nim.. Jest przytulanką, gościem na przyjęciu u lalek, pacjentem,klientem, mężem i  kimkolwiek akurat trzeba..;-) Znosi to wszystko ze spokojem. A z ciekawości co robią siostry w drugim pokoju, potrafi czołgając się pokonać dystans całego mieszkania byle znowu być w centrum jazzgotu…Jak to na niego wpłynie? Ten hałas, okrzyki radości, ale i bycie w centrum dzikiej jatki, walące się budowle z klocków na głowę, przydeptane rączki ( bo zawsze się tłoczą, kokoszą przedziwnie) i podrapany nos (nagłe ataki zazdrości Niny). Będzie dobrze.

dzięki rodzeństwu jesteśmy zdrowsi psychicznie ..

opis tego i innych dobroczynnych skutków z posiadania braci i sióstr na stronie http://pomyslodziecku.pl/